X Japan: Night of Madness 29/03/2008

25 04 2008

Słoneczny, ciepły dzień, jeden z tych, które można spędzić na spacerze, a tymczasem poszczególne jednostki społeczeństwa japońskiego postanowiły zebrać się w centrum Tokio i stać w kolejce. Prawie jak PRL, prawie… Różnic na szczęście nie zamierzam wymieniać. Można by się tylko zastanowić po co te kolejki, bo było ich kilka: do porozstawianych stoisk, do pobliskiego wesołego miasteczka i do poszczególnych wejść imponującego budynku o architekturze kosmicznej. Odpowiedź uzyskaliśmy, kiedy wreszcie zajęliśmy miejsca w owym budynku, światła zgasły, a naszych uszów dobiegł najbardziej rozpoznawalny głos Japonii. Forever Love w akompaniamencie fortepianu rozbrzmiewało i mówiło chyba tylko o tym, że fani nie zapomnieli.

 

Początkowo pomysł na re-union kolejnego zespołu dinozaurów japońskiego rocka nie przypadł mi do gustu. Jednak po obejrzeniu wielkiego show, który został przygotowany, zmieniłam zdanie. Pomysł na aranżację musiał być przygotowywany przez wiele tygodni. A również sama hala Tokyo Dome robi wrażenie ze względu na swój ogrom. Dodatkowo stanowi nierozerwalną część wspomnień o świetności XJapan.

Pięćdziesiąt tysięcy ludzi [!] otaczało ogromną scenę, z której wychodziły w tłum trzy alejki. Samą scenę zdobiły po bokach rozstawione, dwa potężne X oplecione dzikimi różami. Tło za muzykami w głębi sceny również czasem przybierało kształt świetlistego X. Obraz ze sceny, która jednak była dość daleko, był transmitowany na telebimach, które były zawieszone tuż nad nią i po bokach.

 

Mieliśmy szansę uczestniczyć w ~Night of Madness~, czyli drugim z pośród trzech koncertów zapowiedzianych przez Yoshiki’ego. Zespól zagrał swoje największe przeboje.

 

Set lista
Forever Love
Rusty Nail
Weekend
Pata solo
Drain
Longing ~accoustic~
Yoshiki solo fortepian ~Jezioro Łabędzie~
Without you
IV
Kurenai
Violet UK – City of Devils
Yoshiki solo perkusja
Tears
Prologue ~World Anthem~
X

 

Całość uświetniły solówki Paty, Yoshiki’ego na pianinie i oczywiście kulminacyjny set na perkusji. Ten ostatni trudno opisać. Jak gdyby nigdy nic, zwyczajny dialog perkusji z klasycznym podkładem zamienił się w rozpaczliwy łomot, a platforma, na której rozstawione były gary uniosła się i przesuwała ponad ludźmi na specjalnym podnośniku. W oślepiającym blasku reflektorów, trudno było dostrzec samego muzyka, choć wszystkie telebimy nadawały jego zbliżenie.

 

Nie zabrakło również ducha hide. Kiedy rozbrzmiały pierwsze nuty Kurenai grane na elektryku, a wszystkie telebimy emitowały dobrze znany obraz samego muzyka siedzącego na krawędzi sceny ze smutna miną, publiczność oszalała. Wzywań jego imienia, krzyków i płaczu nie było końca. To niesamowite jaki ładunek emocjonalny niósł ten utwór [i pozostałe również] i jak publiczność go odbierała. Oczywiście w trakcie trwania koncertu, gitara hide została postawiona na prawej części sceny, a wizerunek hide bardzo często gościł na telebimach, zupełnie jakby muzyk był obecny na scenie.

 

Warto wspomnieć moment po Without you, kiedy na scenę wrócił Toshi i bardzo zręcznie przygotował publiczność do I.V. Dodam tylko, że w tym momencie przyszło ‘wsparcie gitarowe’ w postaci Sugizo.

Nie ma to jak okiełznać dziesiątki tysięcy ludzi i namówić ich do zaśpiewania kolejnych wersów pojawiających się na telebimie. Po około 10-minutowej wprawce, zaczął się sam utwór, w którym my sami śpiewaliśmy chórki w tle.

 

Tuż po głównym secie koncertu, sceną zawładnęły dziewczyny z VUK. Trudno nazwać i sklasyfikować ich show, chyba najlepiej pasują słowa Yoshiki’ego określające występ dziewczyn jako przeżycie artystyczne. Gama barw, dziwne stroje, makijaże, specyficzny wokal, tancerze i paradujące modelki w otoczce dźwięków i wsparte przez gościnnych muzyków jak: Wes Borland, Sugizo i Richard Fortus. Wszystko to dało dość surrealistyczne wrażenie.

 

Ostatnim utworem było sztandarowe X. Nie zabrakło okrzyków “we are.. you are..”, skrzyżowanych charakterystycznie przedramion, rytmicznych podskoków. Nawet Toshi i Yoshiki padli na scenę jak na wiecznie rozrabiające dzieciaki przystało, i ułożyli X z własnych ciał. Wyglądało to zabawnie, ale miło było zobaczyć jak bardzo się cieszą i ile maja energii po tylu latach.

 

Czy muszę dodawać, że koncert był fantastyczny? Pozostaje czekać na zapowiedziany już przyjazd zespołu do Europy. A swoją drogą ciekawe co przyniesie dalsza przyszłość.





Wyspa Miyajima

6 04 2008

Łza się w oku kręciła, bo to był juz koniec naszej 7 dniowej podróży po Kraju Wiśni. Na szczęście mieliśmy jeszcze Tokio przez kolejne 7 dni, ale to juz zupełnie inne oblicze Japonii.

Ostatniego dnia, nasza wyprawę zaczęliśmy o poranku…Czyli jak zwykle… o 11 !Tuz przed wyjściem z Hostelu J-Hoppers spotkaliśmy pobratymca z Polski, który zwierzył się nam, ze przyleciał do Hiroszimy z Tokio samolotem, po czym do hostelu dojechał taksówką. Za wszystko zapłacił krocie… Zdecydowanie odradzamy! Z Tokio są świetne połączenia do Hiroszimy Shinkansenem (tylko należy sprawdzić zawczasu, czy linia obsługiwana jest konkretnego dnia)…My niestety nie sprawdziliśmy i zapłaciliśmy gapowe, czy musieliśmy wykupić najdroższy Shinkansen pod słońcem, który był jedynym kursującym, a nasza karta JR Pass niestety go nie obejmowała…. 17 500 yenow w plecy!

Ale po kolei…

Plan był prosty: 1. MIyajima, 2. Hiroszima 3. Powrót do Tokio

Aby dojechać do Miyajima, będąc w Hiroszimie, należy dostać się do Stacji Yokogawa, a następnie pociągiem z platformy pierwszej dojechać do Miyajima-guchi – Portu Miyajima. Stamtąd promem na wyspę. Dla posiadaczy JR Pass – all included :-) Pogoda była dość wyjątkową – było pochmurno, kropił deszczyk i do tego świeciło słońce – wszystko naraz! Miyajima juz z promu robi wrażenie! Po kilku minutach naszym oczom ukazała się zanurzona w wodzie i otoczona górzystym krajobrazem… czerwona brama Tori. Na początku była taka malutka, ze ciężko ja było dojrzeć, choć juz wtedy grupa paparazzi (European Japaneese style ;-) ochoczo przystąpiła do uwieczniania jej na kliszach aparatów… W miarę jak zbliżaliśmy się do portu, Brama, czyli cel naszej podróży nabierała powagi i reszta była milczeniem… raj!

Niektórzy mogą twierdzić, ze czerwone Tori w Japonii jest dość powszechne i jeśli widziało się jedną, dwie, nie wspominając o Fushiiminari w Kyoto, to jedna więcej nie robi różnicy.. Robi !!!! Wyspa Miyajima to miejsce magiczne, wyjątkowe i będąc w pobliżu Hiroszimy, nie wolno pominąć go w planach podróży.

Przywitały nas znane nam dobrze z Nary – wszędobylskie jelenie, które jak zwykle były bardzo ciekawe i głodne. Uwaga na szeleszczące siatki – lubią się w nie wgryzać…Jeśli już ugryzą, to przegryza i cala zawartość może znaleźć się na ziemi…a wtedy to one są bardzo szybkie! :-) ))

Poza tym najchętniej skubią części garderoby i to z zaskoczenia ;-)

Mieliśmy sporo szczęścia, ponieważ udało nam się być świadkami uroczystości zaślubin w obrządku shintoistycznym – panna młoda w odświętnym ocieplanym i dekorowanym kimono, a pan młody w czarnej szacie. Podczas ceremonii para młoda i goście częstowani są sake podawana w małych czarkach.

Warto także zapuścić się w głąb wyspy – my zdecydowaliśmy się na spacer do Świątyni Daishin – tym razem buddyjskiej, gdzie aż roiło się w jej otoczeniu od posągów małego Buddy w rożnych pozach – aż chciałoby się takiego wziąć do domu!

Poza tym, po drodze podziwialiśmy wystawy lalek mających kilkaset lat, ale i takich robionych na te specjalna okazje przez miejscowe Japonki. Mieliśmy tez sporo szczęścia, ponieważ byliśmy świadkiem odpływu i mogliśmy podziwiać całkowicie wynurzoną z wody Bramę Tori.

Wyspa jest tak piękna i dlatego warto przeznaczyć na jej zwiedzanie cały dzien. My mamy niedosyt…